Wpisany przez basia    Niedziela, 12 Luty 2012 18:26    PDF Drukuj Email
Historia z alkowy....

 


Po pierwsze uważam, że nie ma udanego związku bez udanej sfery intymnej… Na podstawie wieloletniego, bardzo udanego zresztą związku, mogę wysnuć jeden, podstawowy wniosek: „każdy facet, nawet najlepszy na świecie, rozumiejący, kochający ma swoje potrzeby związane z seksem, które niezaspokojone odbiją się na każdym związku”. No cóż lata praktyki pokazały mi, że niestety związek, to ciężka praca 24 godziny na dobę i odkryłam też jeszcze jedno – kobieta w głównej mierze tworzy, buduje, cementuje i ogrzewa związek. Za to, ta ciężka praca się opłaca, jak nic innego na świecie. Jeśli facet jest głową, to kobieta z pewnością jest szyją…



Żeby nie było tak słodko… początki naszego intymnego życia były koszmarne… Mąż wymuszał zbliżenia, każdy stosunek był dla mnie bolesny. Nie stosowaliśmy środków antykoncepcyjnych, stawialiśmy na metodę naturalną. Pamiętam, że zastanawiałam się co kobiety widzą w seksie… , czy ból to taka przyjemność? Pierwszy rok związku był koszmarem, myślę, że współżycie miało tu zasadnicze znaczenie. Okresy niepłodne… czyli te zarezerwowane wówczas na seks - to był dla nas obojga prawdziwy koszmar. No nie dało się tak dłużej żyć… naprawdę kochałam mojego męża, a on mnie i musiałam coś wymyśleć… Oboje studiowaliśmy, po ślubie mieszkaliśmy dalej w akademiku, gdzie na dodatek bardzo trudno było o intymność… Żeby coś zmienić i mieć z tego frajdę zaczęliśmy uprawiać seks w „dziwnych miejscach” – od prysznica, na dowolnie zamykanych pomieszczeniach kończąc. I to ja zaczęłam według swojej ochoty inicjować zbliżenia. To był strzał w dziesiątkę. Mnóstwo podróżowaliśmy, to też nigdy nie było problemem. Robiliśmy to naprawdę w wielu dziwnych miejscach… Zaczęłam, mimo bólu w trakcie i po stosuku, odczuwać przyjemność i nawiązała się między nami ta „szczególna więź” . Zresztą po dziś dzień ciągle się zaskakujemy i tak jest super. Mieliśmy też inny problem…. Tylko trzy razy w życiu kochaliśmy się w dni płodne… owocem – trójka dzieci… Co do płodności i endometriozy, to u mnie nawet przez chwilę nie było z tym problemu. Aż było nam szkoda, bo to była największa frajda… kochać się, gdy tyle płodnego śluzu.. Za to miałam inne wyzwania typu: plamienia, brudzenia, problemy z nadżerkami, stanami przedrakowymi na szyjce, w trzonie macicy, odwieczną nadprodukcję estrogenów w jajnikach, bóle różnej maści itp. Wiele razy lądowałam w szpitalu, potem musiały być okresy wstrzemięźliwości. Mój mąż był naprawdę kochany i wyrozumiały, dzięki temu, że miał zawsze tą pewność, że jeśli tylko będę w stanie, to zawsze znajdę sposób na fajny, satysfakcjonujący nas oboje seks, nie ważne, czy wspomagany żelem, czy ze względu na różne przeciwwskazania - z gumą, ale zawsze. Tak więc poza początkowym okresem wspólnego życia, nigdy więcej mnie nie naciskał… nie musiał… Myślę, że dzięki temu ma pewność, że jest kochany i może odwzajemniać uczucie. Oboje mamy pewność wzajemnej wierności. Tak po prostu łatwiej.

Etapy ciąży i połogu.. Oddzielny temat. Czy miałam wówczas ochotę na seks… ? Nie pamiętam, żebym miała z tym jakiś szczególny problem. Mąż jak dziecko… wyzwala u mnie specjalne uczucia, które są ważne i chciałam je pielęgnować. Ponieważ intymność wyzwala mnóstwo pozytywnej energii, nie zamierzałam rezygnować z tej szczególnej więzi. Mimo czasem chłodniejszych odczuć (nie zawsze odczuwałam, czy odczuwam dziką namiętność) uważam , że każde zbliżenie oczyszcza związek, otwiera i łatwiej pokonuje się wszelkie życiowe trudności. Mój mąż nigdy nie był i nie jest zazdrosny o nasze dzieci…. Miał, ma, znał i zna swoje szczególne miejsce w naszej rodzinie. Może dlatego tworzymy udany związek…

Zmieniony ( Niedziela, 12 Luty 2012 18:27 )