Wpisany przez basia    Niedziela, 12 Luty 2012 18:29    PDF Drukuj Email
I żyli długo i szczęśliwie....

I żyli długo i szczęśliwie...
Tak kończy się większość bajek, które pamiętam z dzieciństwa. Bajek, które czytałam moim siostrzenicom i miałam nadzieję (i nadal mam) czytać swoim dzieciom.

 


W dniu ślubu (2003 r.), obiecaliśmy sobie z mężem, że dołożymy wszelkich starań, aby to długie i szczęśliwe życie stało się również naszym udziałem. Wiedzieliśmy, że nie będzie łatwo, ale wiedzieliśmy także, że razem damy radę. Zaczynaliśmy wspólne życie, pełne marzeń i planów. Planów, w których na pierwszym miejscu była rodzina, dzieci. Starania musieliśmy jednak odłożyć w czasie, z powodu zaburzeń hormonalnych i miesiączkowania, które wówczas leczyłam. W połowie 2005 r. terapia dobiegła jednak końca i tylko kwestią czasu było - jak nam się wówczas wydawało - powiększenie rodziny. Niestety, miesiące mijały, a ja nie zachodziłam w ciążę.

Dziś, z nostalgią przywołuję tamten czas starań. Czas niczym nie zmąconego poczucia miłości, jedności i oddania podczas współżycia z mężem. Czas nadziei, że w końcu osiągniemy upragnione Szczęście. Czas, który ustąpił miejsca strachowi, bólowi i niepewności...

Pamiętam ten dzień. Sylwester 2005 r. Podczas wspołżycia poczułam silny, przeszywający ból. Ból, który sprawił, że z moich ust wyrwał się krzyk, a ja sama w zupełnie niekontrolowanym odruchu odepchnęłam od siebie męża i w spazmach płaczu skuliłam się w rogu łóżka, przerażona tym, co się stało. A on? W szoku, pełen niedowierzania i strachu, w poczuciu, że mnie skrzywdził, patrzył na mnie. Dopiero po chwili, kiedy pozwoliłam się dotknąć - przytulił mnie i nie wypuścił z ramion, do czasu aż zasnęłam. Kolejne dni upływały mi na poszukiwaniu odpowiedzi - co się stało, dlaczego, gdzie leży przyczyna tego, co się wydarzyło? Na wszystkie możliwe sposoby unikałam też bliskości z mężem w obawie, że taka sytuacja może się powtórzyć. Widziałam, jak bardzo się martwi o mnie, nie potrafiłam jednak z nim o tym rozmawiać. Pierwszy raz w życiu unikałam rozmowy z moim najlepszym przyjacielem. Nie mogąc sobie poradzić z tym, co się stało, odpychałam go od siebie. W końcu oprzytomniałam. W pierwszym możliwym terminie umówiłam się na wizytę u ginekologa. Po badaniu, wykonaniu USG stwierdził, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Że wydarzenie sprzed kilku dni było epizodyczne i nie powinno się powtórzyć. Zalecił jedynie używanie środka nawilżającego...
Nie powinno... Ból podczas współżycia nie był jednak już epizodyczny. Towarzyszył mi podczas każdego stosunku. Sądziłam, że to blokada emocjonalna po przeżyciach z Sylwestra. Strach, który paraliżuje i sprawia, że nie potrafię się w pełni rozluźnić.
Mijały jednak miesiące, a ból zamiast ustępować, narastał. Oczywistym stało się, że to coś więcej, niż “blokada emocjonalna” i że nie mogę dłużej tego ukrywać przed mężem. Potrzebowałam pomocy, oboje jej potrzebowaliśmy. Zdecydowaliśmy się na wizytę u innego lekarza. Zaledwie kilka miesięcy po wizycie, w czasie której “wszystko było w jak najlepszym porządku” okazało się, że na obu jajnikach mam około sześciocentymetrowe guzy (najprawdopodobniej endometrialne), wymagające natychmiastowego usunięcia. Uczucie przerażenie przeplatało się z ulgą - w końcu wiedziałam co się dzieje, skąd moje objawy, w tym ból podczas stosunku. Wiedziałam, dlaczego nie mogłam zajść w ciążę. Wiedziałam, że nie zwariowałam...
W marcu 2007 r. przeszłam laparoskopię, a następnie sześciomiesięczną kurację Zoladex’em. Nie było łatwo, ale po endometriozie nie było śladu, a dla nas nastał tak długo wyczekiwany czas odpoczynku od bólu. Czas, w którym na nowo daliśmy sobie szansę na szczęście. Czas ponownych marzeń o powiększeniu rodziny.
Miesiące jednak mijały, a ja nie zachodziłam w ciążę. Czułam za to, że choroba zaatakowała ponownie, choć obraz USG nie wskazywał nic niepokojącego. Z miesiąca na miesiąc pojawiały się nowe symptomy, aż w końcu pojawił się ból podczas współżycia. Tym razem jednak wiedzieliśmy z czym walczymy i nie zamierzaliśmy się poddać. Zaczęłam ćwiczyć pilates, chodziłam na masaże, relaksacje. Z entuzjazmem odkrywaliśmy tajniki seksu tantrycznego z nadzieją, że znajdziemy sposób na zminimalizowanie bólu. Wypróbowaliśmy niezliczoną ilość afrodyzjaków, środków nawilżających. Zrobiliśmy chyba wszystko, co było możliwe i przegraliśmy. Ból był silniejszy...
Była tylko jedna rzecz silniejsza od bólu - pragnienie dziecka. I tak, w wirze starań, kolejnych wizyt u lekarzy, monitoringów, zażywania niezliczonej ilości leków i “eksperymentów”, zatraciliśmy siebie. Doszliśmy do momentu, w którym kochaliśmy się (choć “uprawialiśmy seks”, byłoby lepszym określeniem) tylko i wyłącznie w "tym" czasie. Czasie idealnym na zajście w ciążę, co każdorazowo przypłacałam cierpieniem nie do opisania (ból potrafił utrzymywać się nawet do 48 godzin po stosunku). Zatraciliśmy naszą młodzieńczość, spontaniczność, niemal nie straciliśmy siebie. Z tego wiru wyrwał nas dopiero lekarz, który bezwzględnie zalecił leczenie farmakologiczne.
Nadal jednak byliśmy sami... On, ja i endometrioza. A wkrótce jeszcze i ona - depresja mojego męża...

Dziś, 16.10.2011 r. nadal jesteśmy we dwoje. Ale jesteśmy! I to nasze największe zwycięstwo. Każdego dnia uczymy się siebie od nowa. Uczymy się słuchać i mówić. Uczymy się rozmawiać. Już wiem, że jego oziębłość wywoływał strach przed sprawieniem mi bólu. Nauczyłam się mówić “stop”, bez poczucia, że sprawiam mu zawód. W naszym związku na powrót zawitały spontaniczność, czułość i pieszczoty. On - powoli, przy pomocy leczenia farmakologicznego i terapii dochodzi do siebie. Ja - przeszłam kolejną, znacznie bardziej rozległą laparoskopię.
Nasze życie zatoczyło koło. Stanęliśmy w punkcie wyjścia, ale tym razem określiliśmy granice, za które przejść nie chcemy, aby już nigdy nie dopuścić do tego, co niemal nas nie zniszczyło.
Budzi się też w nas nowa nadzieja, że jeszcze zostaniemy rodzicami. Nie odczuwamy jednak już tej presji, pod którą żyliśmy tyle lat. Po 8 latach niełatwego małżeństwa już wiemy, że pragniemy być rodzicami, a nie zajść w ciążę. Że chcemy mieć rodzinę i... zdajemy się na los. Sami liczymy tylko na jedno. Na to, co obiecaliśmy sobie w dniu ślubu - długie i szczęśliwe życie...