Wpisany przez basia    Niedziela, 12 Luty 2012 18:31    PDF Drukuj Email
Tyle już szczęśliwych chwil zabrała mi choroba, nie chcę oddawać więcej!

Zawsze się dziwiłam gdy koleżanki opowiadały o sexie podczas miesiączki. Ja te kilka dni w miesiącu spędzałam z termoforem pod kocem, oszołomiona ogromnymi ilościami leków przeciwbólowych (w wersji łagodnej) lub skulona na podłodze łazienki z głową nad toaletą i ciałem szarpanym konwulsjami ( w wersji ciężkiej).

Potem pojawił się ból podczas stosunków- na szczęście tylko w niektórych pozycjach i w stanie dużego podniecenia do opanowania/zniesienia. Wraz z postępem choroby, nieudolnością lekarzy i brakiem leczenia, ból wkraczał coraz bezczelniej w naszą codzienność. Naszą, bo niezdolna do normalnego życia partnerka to problem obydwojga. Permanentny ból krzyża, palące wnętrzności, biegunki z krwią i wzdęcia- czy czytając o tym macie ochotę na sex? Nie? No właśnie… Obolała fizyczność coraz rzadziej pozwalała na zbliżenia, mój partner chyba w pewnym momencie zaczął bać się, że sprawi mi ból. Kiedy rozpoczęłam farmakologiczną walkę z chorobą i ból dawał choć na chwilę od siebie odpocząć, pojawił się inny wstydliwy problem będący skutkiem ubocznym terapii hormonalnej- plamienia. Ucieszeni poprawą mojej kondycji baraszkowaliśmy nocami, ale krwawienia były dla mnie na tyle krępujące, że unikałam sexu oralnego, który tak uwielbiam. Kolejny, silniejszy lek i ból codzienny na dobre odszedł w zapomnienie. Zbliżenia utrudniała suchość pochwy- na to na szczęście jest rada, w aptekach i drogeriach pełno rozmaitych lubrykantów: pachnących, jadalnych, do masażu- testowaliśmy i pomagało! Przy głębokiej penetracji odczuwałam bóle, ale nauczyliśmy się jak lawirować ciałami by go uniknąć lub chociaż złagodzić na tyle, by był do zniesienia. Czasami nie przyznawałam się partnerowi, że mnie boli- tak bardzo chciałam by choć raz na jakiś czas moja choroba nie psuła mu przyjemności. Zdarzało się też, że byłam tak bardzo podniecona, że nie chciałam sobie odbierać tego uczucia nieważkości- czy to już masochizm?
Niestety im dłużej trwa terapia, im lepiej się czuję fizycznie tym psychika sterowana hormonami coraz większe problemy stwarza. Moje libido zniknęło. Nie ma. Przepadło. Kiedy była ochota to bolało, kiedy nie boli to nie ma ochoty- o ironio! Codziennie o tym myślę, planuję jak w erotyczną kocicę się przemienię, palę świeczki, otwieram wino… a gdy przychodzi co do czego to nie mogę przezwyciężyć blokady w mojej głowie, która każe wykręcić się, popsuć atmosferę nieprzyjemnym komentarzem, by w pozornym spokoju sumienia odwrócić się do ściany i nakryć kołdrą pod nos, udawać, że śpię, spieszę się… cokolwiek. To bardzo trudny okres- wymagający dużo pracy nad sobą, nas sobą nawzajem, dużo rozmów, czułości i zrozumienia. Czuję się tak bardzo winna, tak bardzo chcę by on czuł się spełniony, tak bardzo chcę znów czerpać radość ze spontanicznego sexu, tak bardzo chce chcieć przeżywać wspólne orgazmy. Wciąż jednak chcę bardziej w teorii niż w praktyce. Pracuję nad tym, pracujemy. Tyle już szczęśliwych chwil zabrała mi choroba, nie chcę oddawać więcej.