Wpisany przez basia    Poniedziałek, 22 Czerwiec 2009 15:25    PDF Drukuj Email
Moja historia endometriozy - Ścieżki endo kobiety

Moja historia endometriozy - Ścieżki endo kobiety

Ojjjjj to biorę się za pisanie, choć przeżywanie tego na nowo to trauma niezła, ale, może komuś ta moja historia da jakieś informacje istotne. Ta cholerna Endo zaatakowała mnie znowu, z siła okrutną, wczoraj się dowiedziałam, że nie mogę podejść nawet do in vitro, ale o tym dalej… No więc wszystko zaczęło się ok. 10 lat temu potwornymi bólami podczas okresu. Masakra. Trafiłam do ginekologa, zresztą tego, do którego chodziłam od zawsze, poleconego, zaufanego tralalala. No więc pan doktor uznał, że to zapalenie przydatków. I tak uznawał przez następne trzy lata co miesiąc. Co miesiąc antybiotyki, końskie dawki bo przecież „to wyjątkowo upierdliwe zapalenie”. Na moje pytania skąd się ono bierze, słyszałam: „Taka twoja uroda”. To ja jak głupia brałam te antybiotyki - był taki moment, że brałam pięć rodzajów antybiotyków na raz i to przez miesiąc (straszliwe spustoszenie zrobiło mi to w organizmie). Młoda byłam, to nie wiedziałam, że lekarzom ufać nie wolno i każdą diagnozę trzeba konsultować, tym bardziej, że przez ten cały czas nie zostały zlecone żadne badania, nic zupełnie.

No, ale w końcu miarka się przebrała, zaczęłam szukać na własną rękę, po Internecie w książkach i zaczęła się wędrówka po rożnego rodzaju specjalistach przez Wielkie Sssss. Tylko jakoś nikt nie wiedział, co mi jest, a ja już na nogach ledwie stałam. To zaczęłam sama się badać, oczywiście prywatnie, bo przecież żaden lekarz, do którego trafiłam żadnych badan nie zlecił tylko na oko ocenił, że wszystko ok. No i znalazłam - już pewna byłam, że mam Endo. Tylko potrzebowałam potwierdzenia. Więc co? Trzeba zrobić laparoskopię. Gdzie? Najlepiej u jakiegoś profesora, znanego, dobrego. Ojjjj ja durna- zapomniałam, że Ci najbardziej utytułowani, znani, co to 200 zł za wizytę biorą (dodam, że był rok 2005) to już zapomnieli co to znaczy leczyć, bo się biznesem zajmują. No, więc Pan Profesor rozciął mi pępek, popatrzył i zaszył. Powiedział mi, że nic się nie da zrobić, że zrosty takie, że w ciążę to raczej mi się nie uda, no chyba, że in vitro. Na wypisie napisał, że „ognisk endometriozy nie uwidoczniono”, nie wytłumaczył, tylko, że ich nie uwidoczniono, bo nie zajrzeli w głąb, tam, gdzie mogły być, bo się wystraszyli normalnie. 

To z tą błogą nieświadomością, zgodnie z zaleceniami, zaczęłam się starać o dziecko. Tak mi 2 latka minęły, a ciąży nie było. W międzyczasie narzeczony mnie zostawił, bo jak powiedział: „przekazanie własnych genów było dla niego zbyt ważne, żeby być z kobietą, która nie może mieć dzieci”. Wtedy mnie to zdruzgotało, teraz wiem, że jego odejście było błogosławieństwem, ale o tym w innym wątku. Tak czy inaczej ból jak był tak był, z tym, że coraz gorszy. Doszło do tego, że lądowałam w szpitalu, co rusz. Tam leczyli mnie na zapalenie przydatków, choć badania krwi zupełnie na to nie wskazywały (prawidłowe OB. I białko CRP), nie miałam również temperatury. W międzyczasie gdzieś tam wycięto mi wyrostek z rozpędu (teraz już wiem, że ten ból to wcale nie od wyrostka pochodził). W końcu, nie wiem jakim cudem trafiłam do wspaniałego lekarza, który na pierwszej wizycie i badaniu ginekologicznym stwierdził Endo-nacieki miałam nawet na pochwie, dziwne, że nikt tego wcześniej nie wyczuł. Od razu dostałam zoladex, a tydzień później miałam usuwane Endo ze sklepienia pochwy. Histopatologia oczywiście potwierdziła diagnozę. Pan doktor szykował mnie do laparo i usuwania Endo, ale ( nawet nie chcę mówić jak mnie to załamało) - umarł. Takie życie - po siedmiu latach choroby znalazłam kogoś, kto się mną zajął, a tu taka tragedia. No i ten zoladex, ten brak lekarza, ból ciągły, to wszystko sprawiło, że zapadłam na depresję i wylądowałam na oddziale leczenia nerwic.

No ale o zdrowie nadal trzeba było walczyć. Zebrałam się więc w sobie i znalazłam lekarza gotowego zrobić mi laparo i zrobił. Opis: jajowody w zroście z jelitami, macicą, przydatki w zroście z macicą, jajowody nieruchome, jelita w zroście z macicą, pęcherz w zroście z jelitami i tysiąc innych zrostów, wszystko pozrastane ze wszystkim. I do tego liczne ogniska Endo - IV stopień. Pewnie byłoby więcej, gdyby skala przewidywała. Porozcinali i pousuwali co się dało. Potem dalej zoladex, żeby wybić resztę. W międzyczasie związek z mężczyzną, który niby bardzo zainteresowany był chorobą. Chorobą tak, tylko mną chyba nie bardzo, bardziej byłam dla niego przypadkiem ciekawym. Ciągle mi wmawiał, że jestem seksualnie oziębła i mam kłopoty z kobiecością. Nic nie dało odsyłanie go do forum, gdzie kobiety na zoladexie wyraźnie pisały, że po tym świństwie to do figli łóżkowych wstręt maja totalny. Ehhhhhh. To związek się sypnął. 

Ale przynajmniej po laparo i zoladexie wrócił mi w końcu okres i nic nie bolało. Juuuuupiiii. Jednocześnie przeżyłam fazę buntu przeciwko leczeniu konwencjonalnemu i postawiłam na naturę, oczywiście pod okiem ginekolożki. Była więc - joga, taniec brzucha, by uwolnić energię w miednicy, zioła, suplementy, restrykcyjna dieta, psychoterapia (indywidualna i ustawienia Hellingera, jak już działać to z rozmachem!), bo ponoć problem z mojej głowy pochodzi. I nie zaprzeczam - odporność mam znakomitą, włosy i cerę piękną, podczas terapii zrobiłam mnóstwo dobrego dla siebie, ale na boga - dlaczego lekarka nie miała tyle pokory, żeby przyznać, ze ziółkami nie wszystko da się wyleczyć? Dlaczego robiła mi złudną nadzieję, że jeśli tylko uporam się z emocjami, odnajdę swoją kobiecość, napiję się ziółek, to zajdę w ciążę? Dlaczego przy tym ani razu nie obejrzała mojej dokumentacji medycznej? I dlaczego Ja sama nie chciałam tego zobaczyć przez ten cały czas? Co takiego zadziało się w mojej głowie, że nie chciałam się sama przed sobą przyznać, że mam problem, że Endo wróciła? Dlaczego nie posłuchałam swojego ciała?

Dlaczego My Kobiety nie słuchamy swoich ciał? Dlaczego wyżej cenimy zdanie Uczonych, którzy przecież nie są w nas, nie czują tego co my?

Dziewczyny - to nasze zdrowie, nie dawajmy się zbywać, chociażby wmawiali nam, że jesteśmy histeryczkami, neurotyczkami czy czymkolwiek innym. Przecież My czujemy… Tylko słuchać siebie trzeba i walczyć o swoje prawo do fachowej opieki, do badań, które się nam należą. 

No więc jest dziś - w grudniu jak bumerang wrócił ból, ale przecież latałam co miesiąc do mojej pani ginekolog a ona jak mantrę powtarzała „dbać o siebie, dbać o siebie”. To dbałam. Aż w końcu nie dałam rady i wylądowałam u lekarza, o którym pisano na forum, że się doktoryzował z Endo. Jak zobaczył moje usg i opis laparo, to od razu mnie do kliniki leczenia niepłodności skierował, na in vitro. Powiedział, że jego zdaniem będzie potrzebna operacja. To było tydzień temu. Wczoraj byłam na konsultacjach w klinice - a właściwie w dwóch, dla pewności. No i dostałam wyrok, bo inaczej tego nazwać nie mogę. Nie mogę podejść do in vitro bez operacji, bo przy takich zmianach i torbielach nie mogą mnie stymulować. Najprawdopodobniej będę miała usunięty jajnik. Będzie laparotomia, bo laparoskopią nie da rady. 2.07 idę ustalać termin. Dziewczyny My (tzn. ja i mój cudowny, wspaniały, wspierający mężczyzna) bardzo chcemy mieć dziecko, trzymajcie za nas kciuki, za mnie, bo sił mi już brak…
Karolina, Wrocław

Tu możesz poznać ciąg dalszy historii lub napisać do autorki

Zmieniony ( Poniedziałek, 22 Sierpień 2011 17:15 )